wtorek, 20 grudnia 2011

Świątecznie


A pod taką choinką mogłabym znaleźć coś takiego....


i oczywiście parę książek :)

Życzę wszystkim wesołych świat i stosów książek pod choinką :)

wtorek, 2 sierpnia 2011

Dziewczyna Matisse'a - Manuel Vicent

Chciałam napisać parę słów o czym jest książka, ale sama właściwie nie wiem od czego zacząć. Zasadniczo jest to historia romansu handlarza dziełami sztuki z żoną klienta. Ale romansu nietypowego bo na prośbę męża, który w ten sposób próbuje uszczęśliwić swoja umierająca żonę. Piękna Julia bowiem cierpi na białaczkę i lekarze dają jej zaledwie 3 miesiące życia. Mąż nie chcąc martwić żony ukrywa przed nią jej chorobę. Dla Luisa Bastosa kolekcjonowanie dzieł sztuki jest dobrym i ciekawym pomysłem na lokowanie pieniędzy. Jednak marszand Michel Verdano zaczyna dostrzegać zależność pomiędzy sprzedanymi Luisowi dziełami sztuki a poprawą zdrowia Julii.


Jednak książka ta nie byłaby ciekawa gdyby nie opisywane w niej dzieła sztuki. Ich losy i historie. Droga obrazu ze sztalugi artysty na ścianę kolekcjonera potrafi być długa i wyboista. O ile w ogóle dane dzieło trafi kiedykolwiek na ścianę. Ukrywane w sejfach, piwnicach, na zapleczach galerii tylko po to by uzyskać jak największą cenę. Przemycane w tubach po dywanach, kartonach z wędlinami i serami pleśniowymi, gubione, wyrzucane na śmieci aby w końcu za grube miliony zawisnąć w garderobie znudzonego milionera. Jako że zupełnie nie znam się na dziełach sztuki ani na handlu nimi, czytając książkę wielokrotnie zastanawiałam się czy takie rzeczy zdarzają się naprawdę, czy to autora po prostu poniosła wyobraźnia. Nieprawdopodobna wydawała mi się aukcja tytułowego szkicu Matisse'a i perypetie jakie musiał przejść pejzaż Moneta zanim mógł w spokoju zawisnąć na ścianie u kolekcjonera.


Książka napisana ciekawie, pełna barwnych postaci artystycznego półświatka, które maja do opowiedzenia ciekawe historie chociażby na temat Picassa i Matisse'a. Chociaż sam wątek romansu i leczniczej właściwości sztuki do mnie nie przemawia książka bardzo mi się podobała. Wprowadziła mnie w świat dla mnie zupełnie nieznany ale pociągający. Myślę że te wszystkie dzieła sztuki nic by nie znaczyły gdyby nie historie które się za nimi kryją. Sama inaczej patrze na Radość Życia Matissa. Obraz który znałam wcześniej jednak nigdy się nad nim nie zastanawiałam, nie przyglądałam mu się. Teraz patrze na ten obraz nieco inaczej chociaż daleko mi jeszcze do fascynacji Julii i jej marszanda. Myślę ze dzieła wielkiego formatu trzeba oglądać na żywo. Może wtedy faktycznie mają urok któremu trudno się oprzeć.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Pocztówki z wakacji


Cały zeszły tydzień oddawałam się słodkiemu lenistwu nad morzem. Mimo ze zabrałam całą masę książek ze sobą, a jeszcze więcej dokupiłam na miejscu z przykrością muszę stwierdzić że żadnej z nich nie przeczytałam. Zazwyczaj udawało mi się będąc na wakacjach znaleźć sobie cichy spokojny zakątek i czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Zamiast tego jednak sporo spacerowałam i podziwiałam uroki naszego polskiego morza. Pogoda nie zawsze była tak piękna jak na zdjęciach, zdarzały się też deszczowe dni. Ogólnie wyjazd można zaliczyć do udanych, szczególnie cieszę cię z książek które kupiłam. Będę mieć ciekawą pamiątkę z wakacji. No bo ile można zbierać tych muszelek ;)

Kupiłam między innymi "Dziewczyne Matisse'a" Manuela Vicenta, "Żółty deszcz" Julio Llamazaresa i "Lunatyka" Jonathana Barnesa. Tą pierwszą książkę właśnie kończę czytać, pewnie w najbliższym czasie napisze o niej parę słów.



piątek, 22 lipca 2011

Bóg Rekin. Wyprawa do źródeł magii - Charles Montgomery


Chciałabym powiedzieć ze lato w pełni jednak w tym roku więcej jest deszczu niż słońca. Z tęsknoty za słonecznym latem rozmarzyłam się o odległych krańcach świata gdzie słońca jest pod dostatkiem, a plaże wyglądają jak skrawki raju. Czytając książki podróżnicze można odbyć taka podroż nie ruszając się z domu. Na moment zapominając o deszczu za oknem. Książką idealną na taka okazję jest "Bóg Rekin" reportaż z podróży po malowniczych i tajemniczych wyspach Melanezji.


Autor wyrusza w podróż śladami swojego przodka, misjonarza na wyspach Południowego Pacyfiku. Montgomery odwiedzając najważniejsze miejsca w Melanezji stara się odnaleźć ślady dawnych wierzeń, magii i duchów, które dawani misjonarze próbowali zniszczyć. Podczas tej wyprawy do źródeł magii odkrywamy świat czarowników i czcicieli rekina w którym chrześcijaństwo z dawnymi rytuałami przenika się wzajemnie tworząc obraz współczesnej Melanezji.


Książka napisana jest w ciekawy sposób czyta się ja niczym powieść przygodową. Znajdziemy w niej fragmenty zabawne, wzruszające i może nawet magiczne. Ja w końcu dałam się porwać magii bo chociaż nie wierze w czary, wysypy te wydaja się mieć w sobie jakiś tajemniczy pierwiastek. Wiara w magie, praktykowanie czarów a wszystko to przeplecione wiara Chrześcijańską. To jest zresztą bardzo ciekawe zjawisko na całym świecie nie tylko na Pacyfiku. Przejmowanie do religii narzuconej przez kolonizatorów swoich własnych wierzeń, obrzędów i rytuałów. Misjonarze na wyspach Południowego Pacyfiku byli tak skuteczni że dzisiejsi tubylcy swoich własnych obrzędów uczyć się muszą z książek antropologicznych.

Oprócz głównego wątku religijnego poruszane są też tematy społeczne i kulturalne. Bardzo interesująca jest geneza języków używanych przez tubylców. Jest to język bislama powstały na bazie angielskiego oraz pidżyn(pidgin)Wysp Salomona. Języki pidżynowe to ciekawe zjawisko powstałe w wyniku przemieszania języków różnych grup społecznych w strefach ich kontaktów. Spotykane są najczęściej w Azji, Afryce i Ameryce. Zazwyczaj powstają na bazie języków kolonizatorów (angielski, hiszpański, portugalski, francuski)

Ciekawa książka dla każdego kto lubi poznawać nowe ciekawe miejsca i kultury. Vanuatu jest z pewnością bardzo egzotycznym miejscem które tylko czeka aż zostanie poznane. Montgomery pokazuje nam wyspy w sposób w jaki nigdy jako turyści nie mielibyśmy okazji ich zobaczyć. Zabiera nas w zakątki znane tylko tubylcom, pokazuje nam piękno i magię miejsc o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia.

środa, 20 lipca 2011

E-czytniki i Self-publishing


Książka elektroniczna to też książka. Jakiś czas temu kiedy wchodziły na rynek czytniki e-booków szumnie ogłaszano koniec książek drukowanych. Najpierw faktycznie trochę się przeraziłam, bo jak to tak już nie będzie papierowych kartek? Ale to nie tak. Ja nigdy nie przestane kupować papierowych książek, ale idąc z duchem czasu dam przekonać się do tych wirtualnych. Bo w książce najważniejsza przecież jest treść, to dlatego czytamy książki. Ja sama doceniłam czytniki w czasie podroży. Lubie zabrać ze sobą parę książek do poczytania na drogę, na miejscu i na powrót. Są to zazwyczaj 3 książki każda przynajmniej 350 do 500 stron. Nigdy nie potrafiłam pakować się lekko i zawsze potem mam problem, co zostawić a co zabrać. Zaczęłam wiec doceniać wygodę czytników, ich pojemność i rozmiary.

Coraz częściej słychać tez o nowych trendach w świecie wydawniczym. Self-publishing bo o nim mowa to w dobie internetu łatwy i prosty sposób na wydanie i pokazanie światu swoich prac. Ile jest wspaniałych, może nawet genialnych powieści pochowanych gdzieś po szufladach bo jakieś wydawnictwa nie chciały ich wydać. teraz autorzy maja szanse zaistnieć, wyjść na światło dzienne, a my czytelnicy mamy okazje ich poznać.

Oczywiście nie każdy odniesie taki sukces i popularności jak Amanda Hocking autorka trylogii na nastolatek („Switched”, „Torn”, „Ascend”) wydająca swoje książki na Amazonie. Książki wydawane taka metoda są tanie zazwyczaj ich cena oscyluje w granicach 1 - 3 dolarów, ale aż 70% tej ceny trafia do kieszeni autora/wydawcy. A niska cena sprawia ze więcej osób może pozwolić sobie na zakup takiej książki.

Jako tradycjonalistka i miłośniczka papierowych książek widzę w tej metodzie niewielkie minusy, ale możliwość poznania nowych ciekawych pisarzy i ich powieści przeważa szale na plus. Raczej książki elektroniczne nie zastąpią mi książek drukowanych ale sadze ze mogą być równoprawnym dodatkiem do mojej biblioteczki.

piątek, 15 lipca 2011

Zapach książki


Z okazji wakacji zrobiłam się leniwa. I zamiast czytać książki buszuje po internecie i wyszukuje rożne ciekawostki. na swoja obronne powiem ze są to najczęściej informacje o książkach. Wczoraj się rozmarzyłam o moim małym bibliotekarskim raju, dzisiaj natomiast myślę o zapachu książek. Chciałabym zdradzić swój mały "wstydliwy" sekrecik. Uwielbiam wąchać książki. Mam taki nawet ze zawsze jak biorę po raz pierwszy książkę do reki muszę ja powąchać. Dopóki jestem w domu to wszystko ok bo mnie nikt nie widzi. Natomiast w księgarni jest to trochę krępujące. W większości przypadków robię to bezwiedni. Po prostu biorę książkę, otwieram ja i wącham. Pocieszam się tym ze każdy ma swoje dziwactwa. Ale wracając do samego zapachu książek, to uważam ze jest to najwspanialszy zapach na świecie. Oczywiście nie każde książki pachną ładnie, niektóre nowe maja śmierdzącą farbę, albo stare książki przesiąknięte dymem papierosów. Ładniejszy zapach maja też książki na białym papierze, chociaż te na zółtym tez maja swój urok. Ale dobra wystarczy bo mnie zamkną w miejscu w którym nawet gazet nie ma ;P


Gdzieś w internecie natrafiłam na informacje ze maja powstać perfumy właśnie o zapachu książki. Miałby je robić rzekomo Karl Lagerfeld, właściciel imponującej biblioteki w której zebrał 300 000 tys książek. I podobno kupuje je ze względu na zapach farby drukarskiej (dziwak ;P) Odbiegając trochę od tematu podoba mi się sposób w jaki je układa na półkach. W stosy zamiast w tradycyjny sposób jedna przy drugiej.

Perfumy miałyby nazywać się Paper Passion i jeśli faktycznie powstaną z pewnością je zakupie. No chyba ze ich cena mnie powali. I po przeliczaniu na książki bardziej będzie mi się opłacało uzupełnić moja biblioteczkę o kolejne cudownie pachnące egzemplarze.

czwartek, 14 lipca 2011

Książki jako ozdoba ?


Przeglądałam zdjęcia książek w internecie w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego avataru przy okazji natrafiłam na książkowe kompozycje. Sama od jakiegoś czasu zastanawiam się w jakiś sposób najlepiej trzymać książki na półce. Ja mam dwa sposoby które stosuje jednocześnie. Pierwszy to układanie książek według autora i tematyki. Np wszystkie książki Kinga trzymam na jeden półce ale ponieważ mam na niej jeszcze trochę miejsca to dołożyłam tam horrory i thrillery innych autorów. Mam tez półkę z książkami o Ameryce Łacińskiej i półkę kulinarną. Drugi sposób to wciskanie książek nie pasujących do żadnej tematyki tam gdzie akurat jest miejsce. W tym drugim wypadku tworzy się trochę bałagan ale mam dobra pamięć i zazwyczaj pamiętam co gdzie leży.



W internecie natomiast natrafiłam na książki poukładane kolorami. Musze przyznać wygląda to dość ciekawie. Jednak obawiam się ze jest to mało praktycznie i sprowadza książkę do funkcji ozdobnego przedmiotu. Bo jaki ma sens kupowanie tylko czerwonych książek. Jak np teraz jak patrze na mój skromny zbiór stwierdzam ze nie mam żadnej czerwonej książki, mam za to kilka kolorowych które nie pasowałby nigdzie. Mnie np bardziej w ustawieniu książek denerwują różnice w wielkości niż kolory. Nawet lubię jak książki maja rożne barwy wydaje mi się to takie przytulniejsze.


Zawsze wtedy myślę o biblioteczce moich marzeń. Pokój wypełniony książkami od podłogi do sufitu z wygodnym fotelem gdzieś w kącie i małym okrągłym stoliczkiem z herbata i ciasteczkiem. Opcjonalnie kominek lub piecyk. Z takiego pokoju nie miałabym ochoty wcale wychodzić.

wtorek, 12 lipca 2011

Cujo - Stephen King


Jak do tej pory jedyny horror Kinga którego autentycznie bałam się przeczytać. Sama idea czytania tej książki mnie przerażała. Panicznie boje się psów, wiec sama świadomość że ta książka jest o morderczym psie nie dawała mi spać po nocy. Książka więc długo czekała na swoja kolej. Zawsze znajdowałam coś "ciekawszego" do przeczytania. Oczywiście byłam bardzo ciekawa tej książki jak chyba zresztą każdej książki Kinga. Ale żadnej książki nie bałam się przed przeczytaniem. ;) Akurat horrory z reguły czytam bardzo długo. Najczęściej jak zaczyna dziać się strasznie przerywam czytanie na jakiś czas. Czasami parę dni czasami parę miesięcy. Tak miałam w przypadku Desperacji Kinga. Przeleżała przeczytana do połowy jakieś 3-4 miesiące zanim odważyłam się czytać dalej. Oczywiście najczęściej okazuje się ze tak naprawdę nie było się czego bać. Albo ze to czego się bałam było dopiero rozgrzewką.

Zabierając się do przeczytania Cujo najbardziej chyba bałam się ze będę musiała co 2 kartki przerywać czytanie. I tak muszę przyznać ze raz czytanie przerwałam i wcale nie ze strachu. Zazwyczaj u Kinga historia jest spójna, da się ja czytać jednym tchem, jest przede wszystkim wciągająca. Kiedy już zaczyna się dziać to się naprawdę dzieje i trudno się oderwać od czytania. Chyba ze już naprawdę trzeba iść spać, albo robi się zbyt strasznie. Tutaj przerwałam czytanie w pewnym momencie ponieważ mnie książka zirytowała. Było parę wątków które były bardzo denerwujące. Dzieciak Tad i strach przed potworem w szafie. Nie wiem może to dlatego ze w polskich domach nie ma szafo-pokoi a może dlatego ze prostu temat potwora w szafie był już maglowany tyle razy ze jest najzwyczajniej w świecie nudny. Tak czy inaczej nieznośnego dzieciaka bym jeszcze jakoś przełknęła ale mamuśka która ma romans bo się nudzi w domu. I do tego zraniony kochanek rujnacyj dom i mąż przyjmując to wszystko ze stoickim spokojem. Zazwyczaj lubię u Kinga watki poboczne które scalają historie i czynią ja ciekawą i wciągająca. Tutaj w tej książce wszystko właściwie dałoby się przewidzieć. Szczególnie moment zepsucia samochodu.

Było też parę fragmentów które bardziej przypadły mi do gustu. Fajne były momenty kiedy świat widziany był oczami psa. Watek mechanika i jego zony tez czytałam z zaciekawieniem. Właściwie wszystkie fragmenty w których był obecny pies były albo ciekawe albo straszne. Co akurat jest dobre. Nawet te w których był chłopiec i niewierna zona. A możne szczególnie te fragmenty. Psychiczna walka, strach o własne życie, to jest coś czego się nie spodziewałam, i zaskoczyło mnie to na plus. Jednak jak dla mnie książka mógłby się skończyć w momencie przyjechania ambulansu. Nie potrzebowałam tej końcówki. Tego zapewnienia ze wszystko będzie dobrze. Czytając książkę i teraz pisząc to cały czas chodzi mi po głowie ten watek zdrady i to idiotyczne wyjaśnienie. Może jestem czepialska, może przewrażliwiona ale naprawdę sadze ze to wyjaśnienie zdrady zepsuło mi tą książkę. To plus moje wygórowane oczekiwania. Mój strach przed psami sprawił ze oczekiwałam od tej książki czegoś więcej niż mogla mi ona dać.

wtorek, 5 kwietnia 2011

THRILLER - James Patterson


Muszę się przyznać do pewnej rzeczy. Zawsze uważałam się za miłośniczkę thrillerow, powieści kryminalnych, sensacyjnych i horrorów. Ale w szczególności właśnie thrillerów i horrorów. Tylko ze mnie za miłośniczka skoro czytałam zaledwie Kinga i Cooka. Ograniczałam się jedynie do tych dwóch pisarzy ponieważ innych nie znałam. Nie jestem ciekawskim typem , nie lubię nowości ani eksperymentów. Zazwyczaj trzymam się jednej utartej drogi. Wiec wiadomo raz przeczytałam coś Kinga i się już biedaczka uczepiłam. Na moje szczęście James Patterson wpadł na genialny pomysł wydania antologii opowiadań mistrzów gatunku. I w ten o to sposób taka biedna sierotka jak ja która boi się sięgnąć po autora którego nie znam ze strachu przed rozczarowaniem dostała szanse zapoznania się z tymi wszystkimi wspaniałymi pisarzami. Opowiadania moja ta zaletę ze są krótkie. W szybki i łatwy sposób można dzięki temu przekonać się czy dany pisarz mi odpowiada czy nie. Po przeczytaniu tej książki pojawił się inny problem. Wszyscy mi się spodobali. No i ostatecznie miałam problem którego zacząć czytać. Bo przecież wszystkich naraz nie dam rady.
Bardzo dobra książka na jesienne wieczory. Powieści grozy lepiej czyta się po ciemku a dla lepszego efektu najlepiej żeby za okami szala wichura. Tylko nie wiedzieć czemu ja najwięcej książek pochłaniam latem. Piękne słońce za oknami a ja godzinami siedzę nad książkami i ciągle mi mało. I teraz tak sobie myślę ze tęsknie za słońcem, kocykiem w parku i dobra książka. Dlatego pomyślałam ze to dobry pomyl żeby przypomnieć sobie "Thriller" i wybrać wśród nich kogoś kto będzie mi towarzyszył w cieple letnie dni.

poniedziałek, 28 marca 2011

Mój brat alkad - Fernando Vallejo


Fernando Vallejo kolumbijski pisarz i reżyser mieszkający na stałe w Meksyku. Akcja jego książek zazwyczaj rozgrywa się w Kolumbii i nie inaczej jest w przypadku "Mój brat alkad". Jest to opowieść o małym miasteczku Támesis, o polityce, życiu, ludziach. Támesis jest odzwierciedleniem współczesnej Kolumbii, sporów politycznych, walk karteli narkotykowych, rywalizacja oddziałów paramilitarnych z partyzantami. Wszystko to przeplatane zwykłym codziennym życiem w małym malowniczym kolumbijskim miasteczku.

Książka momentami trudna w odbiorze, za dużo polityki, za dużo przemocy i wulgaryzmów, a jednocześnie napisana lekko i płynnie. Mi podobało się to połączenie ciężkości słowa z lekkością pióra. Jest takie kontrastowe jak Kolumbia opisana w książce, piękna i straszna jednocześnie. Są fragmenty kiedy wulgaryzmy pasują jednak najczęściej jest ich po prostu za dużo. Mimo to polubiłam ta książkę, która jest napisana w bardzo ciekawy sposób. Jest to historia opowiadana w drodze do miejsca przeznaczenia posiadłości rodziny Vallejo w Támesis. Narrator wyprzedza fakty po to aby za chwile znowu cofnąć się do wcześniejszych rozważań albo zmienić temat całkowicie i cieszyć się malowniczymi widokami. I te krajobrazy chyba najbardziej mnie zachwyciły. Po przeczytaniu książki poszperałam nawet trochę na Google mapach żeby znaleźć ta miejscowość na mapie ;) W książce pojawiają się hiszpańskie słowa które jedna autor sam wyjaśnia ciekawie wplatając to w cała opowieść bez konieczności dorabiania przypisów. Ja lubię jak w książce są pozostawione gdzieniegdzie słowa z oryginału nie przetłumaczone. Pozwala to bardziej wyczuć klimat. Oczywiście pod warunkiem ze ja one gdzieś w przypisach czy na końcu w jakimś słowniczku wyjaśnione. Tutaj jest jeszcze ciekawiej bo autor sam je wyjaśnia.
Oceniam ta książkę pozytywnie i z pewnością sięgnę po inne książki tego autora.

czwartek, 24 marca 2011

Nosiciel - Robin Cook


Przyszła pora żeby napisać parę słów o mojej ulubionej książce mojego ulubionego pisarza Robina Cooka. No jednego z ulubionych ale jeśli chodzi o tematykę thrillera medycznego to jest to zdecydowanie mój numer 1. Nosiciel to książka z serii przygód Jacka Stapletona. Ja nie bardzo przepadam za takimi przygodami jednego bohatera. Jest to niby o tyle mile ze nie trzeba się z nasza ulubiona postacią po skończeniu książki rozstawać. Mnie bardziej jednak w tym irytują przypomnienia tego co działa się w wcześniejszych książkach. jest to oczywiście pomocne dla kogoś kto nie czytał wcześniejszych części. Jednak dla kogoś kto czytał wszystko czytanie 2-3 książki z serii to koszmar. Co 5 zdań przypomnienie czegoś co działo się w 1 czy 2 książce. Dla wiernego miłośnika całkowicie zbędne ponieważ zazwyczaj są i tak wspomniane kluczowe momenty które się tak czy inaczej pamięta. Ale pomijając ten malutki chociaż irytujący szczegół uwielbiam przygody Jacka Stapletona.

Nosiciel opowiada o nowojorskim taksówkarzu rosyjskiego pochodzenia który w przeszłość był technikiem w zakładach produkujących broń biologiczną. Zawiedziony nowa ojczyzną planuje zemstę. W tym celu musi przetestować najpierw swoją bron. Jednak kiedy do kostnicy miejskiej zaczynają trafiać zwłoki osób, które zmarły w niewyjaśnionych okolicznościach wzbudza to podejrzenia Jacka Stapletona.

Wizja świata w którym jednostka niezadowolona z życia, kraju, pracy dysponuje wiedzą i możliwościami które mogą zagrozić ludzkości. Zazwyczaj traktuje takie książki jako bajki do poduszki. Przyjemnie się je czyta. Fascynujące są losy jednego człowieka który ratuje świat. W przypadku serii to nawet wielokrotnie ;P Zdarzają się jednak takie historie które bardzo ocierają się o prawdę. Albo co gorsze po jakim czasie okazują się prawdą. Chciałabym móc czytać takie książki jako całkowita fikcję nie zastanawiając się czy gdzieś tam ktoś w swojej piwnicy nie robi jakieś broni biologicznej.
Zwarta akacja do końca trzymająca w napięciu bez zbędnych przedłużeń i przynudzań.

poniedziałek, 14 marca 2011

Bezsenność - Stephen King


Powoli kończę czytać Cujo, ale przy okazji powrotu do mojego ulubionego autora zaczęłam rozmyślać nad ulubionymi ksiazkami. Czytam sporo chociaż ciągle mam wrażenie że za mało. Tak czy inaczej Wśród moich ulubionych książek jest parę tych napisanych przez Kinga. Ogólnie moje gusta są czasami bardzo skrajne. Uwielbiam trudna i skomplikowana, politycznie uwikłana twórczość Fuentesa, obyczajowe powieści Irvinga i wreszcie przerażające historie Kinga. Bo tak muszę się przyznać czytając Kinga często się boję. Najczęściej przerywam wtedy czytanie na jakiś czas. Najgorsze a może najlepsze w tym jest ze jak już wracam do książki i czytam ja dalej okazuje się ze to czego się bałam parę stron wcześniej wydaje się mało straszne w obliczu tego co ma dopiero nastąpić. I tak w kolko aż do samego końca książki. Lubie to u Kinga ten narastający strach i napięcie. Pozornie niewinne sceny przeradzające się w horror, zagrożenie czyhające na każdym rogu, po każdym zdaniu, akapicie.

Czytając "Bezsenności" nie mogłam się oderwać i w przeciwieństwie do innych książek Kinga nie musiałam robić sobie przerw spowodowanych nadmiernym strachem. Mimo wszystko jedno jedna z moich ulubionych książek. I pomyśleć ze kupiłam ja tylko dlatego ze miała dużo stron. Jakiś czas temu przechodziłam "okres buntu" i nie czytałam niczego poniżej 350-400 stron. Najbardziej w książkach nie lubię jak się za szybko kończą. Może dlatego tak lubie Kinga on potrafi "produkować" długie ciekawe książki chociażby "To" czy "Pod kopuła" Jedyny minus "grubych" książek to taki ze nie wygodnie czyta się je w tramwaju ;P Ale wracając do tematu w Bezsenności która swoja droga przy "Pod kopuła" wydaje się być ledwie broszurka, poruszony jest temat naszej śmiertelności i przypadku jaki rządzi naszym życiem.
Jedyna rzeczą której u Kinga nie lubię to ten nieszczęsny "boży chłopiec". Tak wiec zakończenie książki nie koniecznie przypadło mi do gustu. Tylko ze po przeczytaniu książki nie miało ono jakiegoś szczególnego znaczenia. Nie wiem jak King to robi. Pisze świetną książkę z kiepskim zakończeniem a ja i tak jestem zadowolona. ;)

Zresztą ja skupiłam się na wątku życia i śmierci, nad naszym losem. Przerażającą wizja ze w każdej chwili jakiś "karzełek" z zaświatów może podejść ciachnąć nożyczkami i już mnie tutaj nie będzie. Istnienie świata równoległego do naszego gdzie ktoś decyduje o naszym losie. Trochę mnie to przeraziło może nie żeby mieć gęsia skórkę, bardziej w refleksyjny sposób. Bardzo lubię książki Kinga w których oprócz ciekawej oczywiście historii jest jakieś drugie dno głębia skłaniająca nas do refleksji. Bo można się bać albo potworów albo własnego przeznaczenia.

sobota, 12 marca 2011

Eukaliptus - Murray Bail


Lubię australijskie filmy. Są nietuzinkowe, ciekawe, zazwyczaj maja interesującą fabułę i bohaterów. Nigdy wcześniej natomiast nie czytałam żadnej australijskiej książki. Nigdy tez za taka się nie rozglądałam ale jak już w opisie książki zobaczyłam ze pisarz mieszka w Australii pomyślałam ze warto ja przeczytać. Lubię też bajki. Tak więc tym bardziej zainteresowała mnie australijska książka opisana jako bajka.
Historia Ellen córki australijskiego farmera który przyrzeka rękę niewiasty temu kto bezbłędnie nazwie wszystkie odmiany eukaliptusów jakie posadził na swojej ziemi. Oczywiście jak to w bajkach bywa kobieta jest przepiękna a legendy o jej urodzie docierają do najodleglejszych zakątków świata. Przybywa wielu śmiałków gotowych podjąć wyzwanie które tylko z pozoru wydaje się łatwe albowiem gatunków eukaliptusów sa setki, a o pomyłkę bardzo łatwo. Z biegiem lat Ellen traci nadzieję i zaczyna popadać w rozpacz i właśnie wtedy pojawia jest tajemniczy młodzieniec...


Książka opisana jako "arcydzieło" i "najwspanialsza i najoryginalniejsza historia" mi wydala się nudna. Początkowo sadziłam ze opowieść z drzewami w tle może być bardzo ciekawa. Jednak opisów było zdecydowanie za dużo i były zdecydowanie za długie. Teraz przyszła mi do głowy taka myśl ze może gdyby ta książka była ilustrowana czytałoby sie ja ciekawiej. MI ciężko było wyobrazić sobie te wszystkie drzewa których na oczy nie widziałam. Opisy i łacińskie nazwy nie przemawiały do mojej wyobraźni. Sądzę ze te fragmenty mogłyby zainteresować jedynie jakiegoś pasjonaty botanika. Długie opisy utrudniają skupienie sie na fabule która mimo ze ciekawa wiele na tym traci. Nie można odmówić jej oryginalności jednak myślę ze do arcydzieła trochę jeszcze jej brakuje. W pierwszej chwili po przeczytaniu nie spodobała mi się jednak po jakimś czasie zaczęłam dostrzegać urok tej historii. Bajkowej opowieści o podróży w głąb ludzkiego serca.

czwartek, 10 marca 2011

Chilijski nokturn - Roberto Bolaño



Roberto Bolaño (1953-2003) chilijski poeta i prozaik. Określany mianem jednego z najwybitniejszych pisarzy latynoamerykańskich swojego pokolenia. W młodości związany był z lewicowym ruchem prezydenta Allende. Po przewrocie politycznym i przejęciu władzy przez generała Pinocheta uciekł z kraju i osiedlił się w Hiszpanii, gdzie mieszkał aż do śmierci. Największa sławę przyniosły mu książki napisane w latach 90 w tym Dzicy detektywi (Los Detectives Salvajes 1998) za która został uhonorowany prestiżowymi nagrodami El Premio Herralde de Novela i El Premio Internacional de Novela Rómulo Gallegos (najbardziej prestiżowa nagroda literacka w Ameryce Łacińskiej). Inne powieści tego autora przetłumaczona na język polski to Gwiazda daleka (Estrella distante 1996) oraz Monsieur Pain (1999).

Bohaterem i jednocześnie narratorem książki jest stary umierający ksiądz Sebastián Urrutia Lacroix, który nękany gorączką i halucynacjami snuje opowieść o swoimi życiu. Jego wypowiedzi są chaotyczne, pełne urywanych myśli. Poznajemy go jako księdza, krytyka literackiego, niespełnionego poetę. Znane mu są chilijskie salony literackie i wybitni twórcy w tym Pablo Neruda. To fascynujący spektakl cieni, w którym akcja przenosi się z Chile do okupowanego Paryża, z hiszpańskiej prowincji do Santiago de Chile, gdzie nastają kolejni dyktatorzy.

Wszystko co dzieje się w książce opowiedziane jest bez narzucenia czytelnikowi konkretnych poglądów. Narrator nam pozostawia ocenę jego czynów. Co ciekawe ksiądz Sebastián zdaje się być w przeciwieństwie do autora książki zwolennikiem generała Pinoczeta. Trudno mi ta książkę jakoś jednoznacznie zaklasyfikować. Jest to proza podszyta poezja. Warto czytać miedzy wierszami, z cała pewnością lektura to skłania do refleksji do chwilowego zastanowienia się nad postępowaniem głównego bohatera. Czy to co robił było słuszne czy tez nie? Jednak do tej oceny i do takich przemyśleń wskazana jest chociaż minimalna wiedza o historii Chile. Znajomość języka hiszpańskiego również ułatwia wyłapanie niektórych gier słownych, informacji ukrytych miedzy wierszami. Jak choćby przedziwne nazwiska dwóch przedsiębiorców z którymi w pewnym momencie ksiądz Lacroix nawiązuje współpracę. Ich nazwiska brzmią Oido i Odeim co czytane wspak po hiszpańsku oznacza nienawiść (odio) i strach (miedo).

Książka ta z pewnością nie jest lektora lekką, warto ja czytać mając czas, przez brak akapitów i pojawiające się gdzieniegdzie naprawdę długie zdania czasami trudno przerwać lekturę w dowolnym momencie. Ciągi zdań i słów wciągają nas w spektakl cieni, kolejne zdania następują po sobie niespostrzeżenie, watki urywają się niespodziewanie aby znowu rozpocząć się po kilku kolejnych krótkich zdaniach. W książce tej mnóstwo jest przeciwieństwa długie niekończące się zdania przemieszane są z krótkimi jedno, dwu wyrazowymi, które sprawiają wrażenie wystrzelonych z karabinu.

Ja dałam się porwać czarowi pisarstwa Roberto Bolaño i z cała pewnością chętnie sięgnę również do jego innych książek. Myślę ze książka ta przypadnie do gustu miłośnikom pisarstwa Cortázara i Marqueza. Ja oceniam ją wysoko chociaż mieszane uczucia budzi we mnie okrzykniecie Bolaño „najwybitniejszym”. Może moja niechęć do tego słowa wynika z tego ze jest ono ostatnimi czasy mocno nadużywane. Praktycznie każda nowo wydana książka jest obecnie objawieniem, rewolucją jest najwspanialsza, najlepsza, najwybitniejsza. Wierze jednak ze w przypadku tego autora słowa te nie są nadużyciem mam nadzieje że czytając kolejne jego książki będzie mi dane się o tym przekonać.

poniedziałek, 7 marca 2011

Desperacja - Stephen King i Regulatorzy - Richard Bachman


Stephen King jest zdecydowanie jedynym z moich ulubionych współczesnych pisarzy. Jakiś czas temu za wyznaczyłam sobie za cel przeczytanie wszystkich jego książek. Zrobiłam wiec listę wszystkiego co ten niezwykle płodny amerykański pisarz napisał i nie wiem czy się cieszyć ze mam lekturę na parę najbliższych lat czy uciec z przerażeniem i udawać ze taka lista nigdy nie powstała. ;) King oczywiście ma swoje lepsze i gorsze książki. Chociaż patrząc po ilości jego fanów myślę ze nie sposób jest utrafić w gusta każdego. Jedna książka komuś może wydać się genialnym dziełem dla innego ta sama książka będzie gniotem. Są gusta i guściki. Sama nie specjalnie lubię Zielona Milę ale tutaj akurat winy może być film który obejrzałam przed książka. Staram się tego nie robić. Ale w przypadku adaptacji książki chyba nigdy nie ma dobrej kolejności. Jeśli najpierw przeczyta się książkę to film wydaje się kiepski a jeśli najpierw obejrzycie film to czytanie książki nie jest już taka radością. Przynajmniej ja tak mam. Ale to nie o filmach miało być.

W Desperacji bardzo lubię to narastające napięcie, kumulujące się zło. Były takie fragmenty kiedy autentycznie się bałam. Świetnie przedstawione jest opuszczone miasteczko z kojotami, wężami i pumami swobodnie po nim grasującymi. Grupka ludzi zdana jedynie na siebie, z jednej strony przedstawiona dość typowo wręcz schematycznie. jest "szczęśliwa" amerykańska rodzinka, jest outsider, jest miejscowy moczymorda, jest młode małżeństwo i oczywiście szczekliwie ocalała miejscowa kobieta. Każdy ma jakąś historie, jakieś tajemnice i lęki. W całej tej powieści jedynie przeszkadza mi postać chłopca. który jak mi się wydaje miał być punktem centralnym powieści. Mi wydal się zupełnie zbędny. Bardziej przypadła mi do gustu postać pisarza. Spodobał mi się również watek agenta a zwłaszcza fragment kiedy przeszukiwali baraki. Zakończenie nieco rozczarowujące ale to zapewne przez moja niechęć do postaci chłopca. Całość oceniam pozytywnie chociaż nie jest to moja ulubiona książka Kinga. Nie wiem pewnie jak przeczytać więcej to zrobię jakiś ranking na razie wydaje mi się ze jeszcze za mało przeczytałam.


Pisząc o Desperacji wypadałoby wspomnieć jeszcze Regulatorów Richarda Bachmana ;)Książka porusza temat tego samego potwora który terroryzuje opuszczone miasteczko. Tutaj zamiast miasteczka mamy zaledwie jedna mała skromna ulice na przedmieściach Wentworth w Ohio, która zostaje zupełnie odcięta od reszty świata. Oprócz wcześniej wspomnianego potwora cala reszta bohaterów tez jest taka sama jak w Desperacji. A właściwie tak samo się nazywają bo chyba nikt nie podejrzewa Johnnego Marinvilla z desperacji o mieszkanie na przedmieściach. Jak zwykle u Kinga świetny początek. Spotkałam się z opiniami ze King za bardzo przynudza we wstępie. Ja się z tym nie zgadzam. Jak uwielbiam to jego budowanie napięcia i z pozoru niewinne przedstawienie świata i bohaterów. Senny letni dzień, cicha spokojna okolica i terror, piękne mrożące krew w żyłach połączenie. Regulatorzy wydali mi się mniej straszni niz Desperacja, ale żadna postać mnie nie drażniła i ogólnie książkę czytało mi się przyjemniej. Zapewne jeśli kiedykolwiek faktycznie stworze swoja listę ulubionych książek Kinga/Bachmana to Regulatorzy znajda się na pozycji wyższej niż Desperacja.

sobota, 5 marca 2011

Jedno drzewo, jedno pożegnanie - Marina Mayoral


Marina Mayoral - Pisarka hiszpańska. Urodziła się w 1942 roku. Ukończyła wydział filologii romańskiej na Universidad Complutense w Madrycie, gdzie od 1978 jako profesor zwyczajny wykłada literaturę. Jest autorką wielu prac badawczych i krytycznych oraz utworów beletrystycznych, tłumaczonych na języki obce. Niejednokrotnie... wyróżniano ją w Hiszpanii prestiżowymi nagrodami literackimi.

Jest to pierwsza książka tej autorki która przeczytałam. Kupiłam ja ze względu na cenę (trafiłam na przecenę i książeczka kosztowała jedynie 2,90 zl)drugim powodem było pochodzenie autorki. Ostatnimi czasy przechodzę fascynacje literatura hiszpańska i latynoamerykańska. Wole literaturę z okresu boomu latynoamerykańskiego jednak pomyślałam ze warto tez zaznajomić się w literatura nieco nowsza.
Książeczka ta (pisze tak bo opowiadanie to ma jedynie 85) jest napisana w formie monologu kobity o imieniu Laura która po latach wraca w swoje rodzinne strony w celu zasadzenia drzewa Magnolii. Chociaż samo posadzenie drzewa, które jak mówi Laura nie będzie dawać ani cienia ani owoców wydaje się być jedynie pretekstem do powrotu w rodzinne strony. Do przemyśleń nad istota miłości i szczęścia, nad wplywem naszych decyzji na życie innych.
Jedno drzewo, jedno pożegnanie to książka napisana dobrze i zdaje się mimo krótkiej formy wyczerpywać temat sentymentalnego powrotu do domu. Ja czytają książkę odniosłam również wrażenie ze jest to przygotowanie do odejścia, pożegnanie się z przyjacielem, chęć pozostawienia po sobie czegoś, chociażby miałoby to być drzewo nie dające ani cienia, ani owoców.
Myślę ze książkę te należny potraktować bardziej jako wstęp do kolejnej książki Mariny Mayoral "W cieniu magnolii". Ja taki właśnie mam zamiar i przy najbliższej wizycie w księgarni zapewne za ta właśnie książka będę musiała się rozejrzeć.

czwartek, 3 marca 2011

Chemia Śmierci - Simon Beckett


Przy wyborze książki do czytania zazwyczaj kieruje się "wewnętrznym przeczuciem". Oczywiście książka może być polecona przez kogoś, ale nawet wtedy biorę tez pod uwagę moje własne odczucia do danej książki. czasami o moim wyborze decyduje drobiazg czy jak okładka, czasami cena, rodzaj i jakoś papieru i czy jest klejona czy nie. Prawdę mówiąc nawet najciekawsza książkę przestane czytać jak zaczyna z niej wypadać kartka. Poszukam wtedy po prostu innego egzemplarza. Z "Chemią śmierci" było inaczej. Po raz pierwszy w życiu kupiłam książkę bo była reklamowana. Widziałam w merze bilbord z "soczystym" opisem. A ponieważ lubię thrillery a najlepiej właśnie jak maja watki autopsyjne od razu poleciałam i książkę kupiłam. I tak faktycznie już po trzydziestu sekundach przechodzi cie dreszcz. Po minucie masz serce w gardle. A kiedy mija kolejne 5 minut zaczyna się książka... 1 rozdział jest tym czego szukałam w książkach tego typu. Thriller doskonały żeby czytać go w listopadowy wieczór przy słabym świetle. (czego nie polecam ze względu na oczy ;P) Ale brutalne opisy rozkładających się ciał to trochę za mało żeby nazwać ta książkę thrillerem. Ja się nie bałam właściwie byłam znudzona, nie odczulam tego dreszczyku. Nie czekam z niecierpliwością na odkrycie tajemnicy tych morderstw. A zaraz po skończeniu czytania książki zaraz o niej zapomniałam. Zdarzały się książki po których przeczytaniu nie mogłam spać przez parę nocy, i nie bynajmniej żadna z nich nie zawierała tak brutalnych opisów śmierci jak ta. Ogólnie to dobra książka dla kogos kto ma za dużo czasu i ma ochotę poczytać o muchach, larwach i tym podobnych okropnościach. Sama na przyszłość mam nauczkę żeby nie wierzyć reklama ;) Wiedziałam to już wcześniej ale sadziłam ze dotyczy to tylko proszków do prania a nie książek.
Jakiś czas później dostałam w prezencie dwie kolejne książki z serii. Przeczytałam bo akurat w tamtym momencie nie miałam nic lepszego do czytania. I najpierw w połowie kolejnej części zorientowałam się ze jest to cześć 3 a nie 2 a potem jak zaczęłam czytać 2 nie mogłam się połapać o co chodzi. Okazało się ze zupełnie nie pamiętam części pierwszej. Miałam pustkę w głowie. Przeczytałam wiec ja kolejny raz. Właściwie to przekartkowałam tak dla odświeżenia pamięci. Do trzeciej części już nie wróciłam i nigdy nie skończyłam jej czytać. Książka mnie rozczarowała i chyba nie dlatego ze jest kiepska. Bo nie jest myślę ze po zobaczeniu tej reklamy nastawiłam się na coś zupełnie innego. Coś powiedzmy w rodzaju połączenia Stephena Kinga (strach) i Robina Cooka (autopsje). Ponieważ nie miałam się czego bać historia wydala mi się po prostu nudna i praktycznie zaraz po przeczytaniu wyrzuciłam ja z pamięci. Zapewne żeby zrobić miejsca na coś ciekawszego albo straszniejszego zależy na co będę miała w najbliższym czasie ochotę ;)

wtorek, 1 marca 2011

Nowatorstwo poetyki Julio Cortázara cz.3


„Książka dla Manuela” bardziej nowatorska niż wcześniejsze powieści autora posiada bardziej ułożony i chronologiczny tok narracji, jest natomiast rozszerzona o elementy wcześniej nieznane i nie używane w prozie tradycyjnej, jak wiersze, rysunki, wykresy, wstawki kursywa, wyróżnione innym krojem czcionki nie rozszyfrowane ułamki tekstu oraz inne, bardziej zrozumiałe, wydrukowane drobna czcionką miedzy wierszami, tabele, teksty depesz agencyjnych, fragmenty listów, a także liczne wycinki prasowe których istnieje uzasadnia tytuł powieści: „Książka dla Manuela”. Wycinki te mają w przyszłości stanowić lekturę dla syna pary bohaterów. Książka ta, zrealizowana jest i zaplanowana na wzór filmu dokumentalnego albo oddawanego właśnie do druku najnowszego wydania gazety, była to metafora i jednocześnie kronika okrutnej rzeczywistości krajów Ameryki łacińskiej w latach siedemdziesiątych.

Taką technikę kolażu u Cortazara można zaobserwować również w innych sferach jego pisarstwa, w niejednorodnych trudnych do zakwalifikowania zbiorach jak chociażby „W osiemdziesiąt światów dookoła dnia”. Którego cechą wyróżniającą jest połączenie eseju z felietonem, poezją, opowiadaniem, fragmentami wspomnień i osobistych refleksji a wszystko to bogato ilustrowane i opatrzone zdjęciami.

Interesującym zabiegiem jaki stosuje Cortazar w swoich opowiadaniach jest również próba stworzenia swojego własnego specyficznego języka. Najbardziej widoczne jest to w książce „Wielkie wygrane” gdzie autor na potrzeby historii wymyśla własny język gligliński. Podobne zabiegi stosuje również w innych swoich powieściach jak choćby w „Grze w klasy” taki dziwny niezrozumiały język pojawia się w rozdziale 68: „Ledwie zaczynał lerfić jej neomy, już jej się drliła klamycja i oboje zapadali w wodomurie, w dzikie prężyny w rozpaczliwe dystalancje” W taki oto oryginalny sposób Cortazar opisuje akt miłosny którego intensywności wymyka się tradycyjnym opisom. Słowa muszą „skakać w przepaść” która pozbawia je pierwotnego znaczenia albo nadaje im inne, nie zawsze przeciwstawne ale również trafne. Nowy nie zawsze zrozumiały język w połączeniu z surrealistyczna-abstrakcyjnym stylem narracji zmusza i mobilizuje czytelnika do współdziałania, pobudza myślenie i wyobraźnie. Ponieważ książka według Cortazara powinna prowokować, zakładać pisanie między wierszami, nie powiązane, chaotyczne, ściśle antyliterackie. Nie pozwala pozostać bezczynnym. Wymusza na czytelniku aktywny udział w współtworzeniu dzieła literackiego.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Żona podróżnika w czasie - Audrey Niffenegger


Jest to bardzo piękna poruszająca historia. A muszę przyznać ze jeśli chodzi o romanse jestem trudna czytelniczka. Niewiele było w stanie mnie chwycić za serce czy nawet przekonać do siebie. Uwielbiam pewnie jak większość kobiet historie miłosne. Jednak nie wiem czy to za sprawa tych wszystkich oklepanych komedii romantycznych czy tez serii harlekin zraziłam się do romansów jako takich. A nie słusznie bo jest wiele wspaniale napisanych historii miłosnych które nie są ani oklepane ani mdłe. Może moja niechęć do historii miłosnych bierze się stad ze maja one zazwyczaj piękny przesłodzony koniec który biorąc pod uwagę wcześniejsze losy bohaterów wydaje się nienaturalny sztuczny. Oczywiście jest szczęśliwy ale nie zawsze satysfakcjonujący. Mimo wszystko chyba wole historie smutne, trudne, tragiczne. Wole takie romanse w których w choć jednym momencie uronię nad nimi choć jedna łzę. Kiedy jako lekturę wybieram romans mam ochotę na jakieś głębsze przeżycia. Chce się z bohaterami opowieści radować ale i tez smucić.Bo chyba taka naprawdę dobra historia miłosna musi mieć zakończenie tragiczne. Niespełniona miłość, tragiczna śmierć.
Żona podróżnika w czasie to historia napisana bardzo ciekawie. Czyta się ja jednym tchem, jest ciekawa wciągająca i oczywiście ma to co cenie najbardziej pozwala się uśmiechnąć, pozwala zapłakać. Jedyna wada jaka ma ta książka to brak zdecydowania jeśli chodzi o tytuł. Jest to naprawdę mylące i zbijające z tropu. W książkach zazwyczaj denerwują mnie dwie rzeczy. Aktorzy na okładkach i bałagan z tytułem.
Jest to naprawdę piękny klasyczny romans. Chwytająca za serce opowieść o miłości o dwojgu ludzi którzy potrafili odnaleźć się w czasie. Którzy mimo wielu trudności potrafili się kochać i żyć razem.

niedziela, 27 lutego 2011

Nowatorstwo poetyki Julio Cortázara cz. 2


Opowiadania Julio Cortazara, tak niejednoznaczne w wymowie są trudne do zakwalifikowania do jednego gatunku literackiego. Szczególne wątpliwości budzą te utwory, w których pojawiają się elementy niezwykłości, tajemnicy, w których rzeczywistość zostaje w pewien sposób odkształcona. Najczęściej próbuje się przyporządkować je do dwóch nurtów: fantastyki i realizmu magicznego. Sam Cortazar w swoich wypowiedziach niejednokrotnie odnosił się do pojęcia fantastyki jak chociażby we wcześniej przytoczonym cytacie. Fantastyka w wydaniu Cortazara była zaskakująca w swojej treści, jednocześnie nie przejawiając w swej formie różnic wobec rzeczywistości. Okoliczności, w których dochodzi do wyjątkowych i niezwykłych wydarzeń są naturalne, niczym nie dziwią. Cortazar w swym poczuciu fantastyczności nie stwarza żadnych nowych światów, nie wprowadza elementów nadprzyrodzonych, ponieważ dla niego najważniejsze jest napięcie wywołane zakłóceniem codzienności, zderzeniem elementów, które przedstawione osobno nie budzą zastrzeżeń i wątpliwości. Argentyński pisarz nawoływał do myślenia intuicyjnego, do całkowitego otwarcia się na świat, co spowoduje, że będziemy mogli dostrzec wszelkie, nawet te pozornie niemożliwe, zjawiska zachodzące w rzeczywistości. Taki sposób postrzegania świata prezentuje właśnie realizm magiczny, który to sięga w głąb rzeczywistości i tam doszukuje się dziwności i zaskoczenia, które wynikają z naszych skrywanych lęków i wierzeń. Te cechy opowiadań Cortazara pozwalają na nazwanie ich utworami realistycznomagicznymi.

Powieści Cortazara w szczególności najbardziej znana ”Gra w Klasy” ale tez późniejsze jak chociażby „62. Model do składania” i „Książka dla Manuela” określić można mianem nowatorskich. I tak począwszy od „Gry w klasy” rozpoczyna się intensywniejszy proces rozbicia narracyjnej struktury powieści, który co prawda nie sięga jak u Vargasa Llosy, tkanki samego zdania ale, wzorem francuskiego nouveau roman (nowa powieść, antypowieść), rozbija na okruchy ciąg fabularny. Nowa powieść zakłada oderwanie się od tradycji egzystencjalizmu i psychologizmu oraz całkowite przebudowanie i odnowę gatunku. Obiektem zainteresowania takiej powieści nie miał być świat zewnętrzny ale jego odwzorowanie w niej samej. „Gra w Klasy” jest pierwsza powieścią iberoamerykańska, która sama siebie przyjmuje za swój główny temat, to znaczy, która przypatruje się własnym metamorfozą, tworząc się krok po kroku przy współuczestnictwie czytelnika biorącego na siebie część procesu twórczego.


„Gra w klasy” opatrzona instrukcją obsługi w której autor objaśnia czytelnikowi w jaki sposób może czytać książkę jest swoistym labiryntem rozdziałów. Książkę ta można czytać na kilka sposób i tak najpierw czyta się księgę pierwsza w sposób tradycyjny od 1 do 56 rozdziału aby przejść następnie do części kolejnej („rozdziały bez których można się obejść” ) wdzierającej się na teren pierwszej. Zamykający cykl rozdział 131 powtarza się dwa razy (131 - 58 - 131) następuje w ten sposób swoiste zapętlenie się opowieści. Forma narracyjna powieści zostaje zakwestionowana, autor proponuje podzielić czytelników na dwie grupy (czytelników samice i czytelników-wspólników) Samą formę książki można określić jako labirynt bez środka, pułapkę, która zamyka się cyklicznie na czytelniku, węża który gryzie się w ogon. Istnieje również trzeci sposób czytania powieści, w którym czytelnik dostaje do ręki strzępki narracji wraz z propozycja autora aby sam je sobie ułożył.

Cortazar w „Grze w klasy” porusza nie tylko temat sytuacji człowieka na świecie ale również sama strukturę powieści, język jako element ograniczający i stymulujący proces twórczy, formę, która już jest nierozłączna z treścią, gdyż nie ma innego dojścia do treści jak poprzez formę. Autor neguje utwór który pisze, albo raczej proponuje inny, nie mniej prawdziwy, unicestwia język, dementuje cały precyzyjny mechanizm tradycyjnej opowieści, maksymalnie ośmiesza dobrze znany sposób myślenia i pojmowania człowieka. Każdy z fragmentów książki łamie prawa początku, środka i zakończenia, aby wspomnieć tylk najogólniejsza zasadę powieści. Nie sposób nie zauważyć ze „Gra w klasy” jest dziełem korzystającym nie tylko z bogatej tradycji literatury argentyńskiej (wcześniej wspomniany Borges), ale również czerpie z literatury francuskiej, a zwłaszcza z nadrealizmu we wszystkich swoich odmianach. Powieść ta można określić mianem antypowieści atakującej strukturę powieści napisanej jednak z dbałością o zachowanie jej materii. W przewrotny sposób ukazującej głęboki i tajemny temat poszukiwań pomostu pomiędzy dwoma doświadczeniami (Paryż, Buenos Aires) oraz pomostu pomiędzy egzystencjami dwóch ludzi (Olivier, Traveler). Dzieło to traktuje o rozdwojeniu Argentyńczyka oraz o dwoistości która czyha w innych wymiarach naszego życia. Forma książki miesza się z jej zawartością. Z pewnością powieść ta wytyczna wiele nowych kierunków prozie jej współczesnej jak i późniejszej. Dzieje się tak przed wszystkich poprzez swobodę z jaka traktuje narrację. Swoboda ta możliwa jest dzięki fragmentaryzacji rozbijającej pewien sposób opowiadania który ma się za jednolity. „Grę w klasy” można porównać do rozbitego lustra. Po złączeniu poszczególnych części i zrozumieniu fragmentaryzacji dochodzi się do planu organizacji powieści jako „modelu”, takiego modelu który się narzuca do którego trzeba dojść, który trzeba zrozumieć albowiem jego zrozumiałość nie jest dana sama w sobie ale zależna od zdolności interpretacyjnych odbiorcy, który go „składa”, zgłębia do końca, przyswaja, przeżywa.

sobota, 26 lutego 2011

Nowatorstwo poetyki Julio Cortázara cz. 1


Twórczość Cortazara przywodzi na myśl obrazy surrealistów gdzie nierzeczywistość występuję jako jeden z elementów rzeczywistości. Tak jak w obrazach Paula Delvauxa, gdzie w nierealnej sennej scenerii snują się nieprawdopodobne ale wyraźnie ludzkie postacie. Albo też poetyckie pejzaże Magritte’a, w których zwykłe otoczenie zawiera elementy niezwykłe, nadzwyczajne czy też osobliwe. Tak jak ten z obłokiem wypływającym przez uchylone, ustawione samotnie na plaży drzwi. Zresztą sam Cortazar odnosi się do malarstwa Magritta w swojej książce „W osiemdziesiąt światów dookoła dnia” opisując „chmurę Magritte’a” prawdopodobnie mając na myśli ten właśnie obraz. Sam autor „Gry w klasy” takimi oto słowami opisuje swoje opowiadania: „Niemal wszystkie moje opowiadania należą do gatunku, który z braku lepszego określenia nazywa się fantastyką, i przeciwstawiają się temu fałszywemu realizmowi, polegającemu na wierze, iż wszystko daje się opisać i wyjaśnić, jak głosił filozoficzny i naukowy optymizm XVIII wieku, to znaczy wewnątrz świata rządzonego mniej lub bardziej harmonijnie przez system praw, zasad, relacji, przyczyn i skutków, zdefiniowanych psychologii, solidnie udokumentowanych geografii.” W wypowiedzi tej jak i w pisarstwie Cortazara można odnaleźć wpływy innego pisarza argentyńskiego Jorge Luisa Borgesa który wskazuje upodobanie do filozofii Wschodu, uniwersalizmu kulturowego i braku zaufania do ciasto pojmowanego realizmu. Jednak sam Cortazar do borgerowskiej chłodnej geometrii, komputerowej logiki zdaje się dodawać tak dla siebie specyficzny płomień szaleństwa a ścisłą logikę uzupełniać elementem niepokojącej poezji. Można powiedzieć ze jest on autorem pełnym sprzeczności, nieokreślonym i wymykającym się wszelkim definicjom.

W opowiadaniach Cortazara w ich budowie i sposobie pisania można również znaleźć odniesienie do jazzu. W jazzie występuję termin „takes” który oznacza wielokrotne wykonanie tego samego motywu. Porównanie takie nasuwa się podczas czytania kolejnych tomów opowiadań. Uszeregowane chronologicznie zdają się wciąż krążyć w tych samych rejonach. Pisarz wciąż na nowa bada te same strefy ludzkiej egzystencji, wciąż powraca do tych samych labiryntów gdzie w atmosferze snu, niepokoju, trwogi poruszają się bezwolnie jego bohaterowie. Schemat takich opowiadań zdaje się w większości przypadków taki sam, wtargnięcie absurdu w zwykła codzienną rzeczywistość. I tak jak w obrazach surrealistów rzeczywistość burzy jakiś niecodzienny szczegół, odmienności, nasyca go element niepokoju i grozy. Tymczasem bohaterowie opowiadań Cortazara najczęściej noszą piętno odmienności albo stykają się z nią w którymś momencie. Znajdują się w sytuacji bez wyjścia, są rzuceni w grę w której stawką najczęściej bywa ich los. Punktem wyjścia tych gier najczęściej są sytuacje banalne nie zapowiadające nierzeczywistych zdarzeń wymykających się zwykłemu sposobowi pojmowania świata. Przy czym Cortazar daje nam do zrozumienia ze to nie świat jest absurdalny tylko nasze postrzeganie rzeczywistości w której przywykliśmy do codziennej rutyny, przyjmujemy wszystko bez zdziwienia, nie siląc się nawet na zbadanie istoty zjawisk powszechnie uznawanych za oczywiste. „Absurdem jest – powiada w „Grze w klasy” Oliveira – że kiedy wychodzisz rano i za drzwiami znajdujesz butelkę mleka, uważasz to za naturalne, bo to samo zdarzyło ci się wczoraj i zdarzy jutro. Ta stagnacja, to «niech tam», ten podejrzany brak wyjątków”.

piątek, 25 lutego 2011

Wszystkie Szczęśliwe Rodziny - Carlos Fuentes


Prozą latynoamerykańska interesowałam się od bardzo dawno. Jako ambitna nastolatka próbowałam czytać Fuentesa, LLose, Cortazara, Marqueza. Miałyśmy z koleżankami w liceum takie kolko wzajemnej adoracji które można by było nawet podciągnąć pod klub miłośniczek książek. Czytałyśmy głownie Whartona. Zdarzały się również romanse czytane po nocach pod kołdra z latarka oczywiście z wypiekami na twarzy. Książki głownie wypożyczałyśmy z biblioteki lub wymieniałyśmy miedzy sobą książkami z własnych zbiorów. Moje zbiory w tamtym czasie były wyjątkowo mizerne. "Za moich czasów" nie było wyprzedaży książek, księgarni internetowych, ani stoisk z tania książka. Któregoś razu moja przyjaciółka pożyczyła mi "Lata z Laura Diaz" Fuentesa. Jak ja się niemiłosiernie męczyłam czytając tą książkę. Absolutnie nic z niej nie rozumiałam. Jest jednak dość spora przepaść miedzy relatywnie lekkim pisarstwem Whartona a pisarstwem chociażby Fuentesa. Przy pierwszej probie przeczytania "Miasta i psów" Llosy tez musiałam się poddać. I kto by pomyślał ze niespełna kilka lat później będę tymi książkami zachwycona i zafascynowana. Najwidoczniej do niektórych rzeczy trzeba po prostu dojrzeć.
Czytając Fuentesa dobrze jest mieć jakąś minimalna choćby wiedzę o historii Meksyku. Tło kulturalno obyczajowe tez jest istotne. Bez minimalnej wiedzy na temat kultury i historii ameryki łacińskiej książki te wydaja się trudne, momentami bezsensowne, ciężkie w zrozumieniu. Sam styl tez do najłatwiejszych nie należny. Przydługie i zawile zdania czy nazwanie polowy bohaterów tym samym imieniem.
Zabawne są zrządzenia losu. Zabawne ze po wielu latach po porzuceniu Fuentesa w ciemny kat odkryłam go na nowo i się niem zachwyciłam. Wszystkie szczęśliwe rodziny są zbiorem opowiadań których tematem przewodnim są rodziny. Nie wiem czy szczęśliwe rodziny. Ale o to chyba właśnie chodzi. Czy wszystkie rodziny są szczęśliwe? Czy naprawdę istnieją rodziny tak cukierkowo słodkie że aż mdłe. Oczywiście tłem losów tych wszystkich szczęśliwych rodzin jest Meksyk. Historie poprzedzone są chórami które stanowią wstęp czy tez zapowiedź do kolejnych historii. Wszystko to połączone w spójna całość ukazuje życie we współczesnym Meksyku. Historie są wciągające i przejmujące. maja w sobie coś co chwyta za serce. Coś co każe się za chwile zatrzymać i zastanowić nad własną rodzina nad własnym szczęściem.

czwartek, 24 lutego 2011

Wielki Marsz - Richard Bachman (Stephen King)


Jedna z moich ulubionych książek. Kupiona przypadkiem pod wpływem impulsu. Lubiłam i znałam już wtedy książki Kinga, ale Bachman był dla mnie zagadka. Kupując książkę nie wiedziałam ze Bachman jest pseudonimem Kinga, a ponieważ nazwisko króla horroru było mniejszymi literkami w nawisanie sądziłam ze napisał wstęp, pochwale bądź coś w tym rodzaju. Prawda jest taka ze nie miałam akurat w tamtej chwili ochoty na nic Kinga. Czytałam wcześniej "Bezsennosc" i "Łowce snów". Kojarzyłam Kinga jedynie z mrocznymi historiami związanymi z UFO czy innymi silami nadprzyrodzonymi . Oczywiście wiedziałam ze to mylne założenie bo znam jego inne książki. Ale jakoś akurat wtedy myśląc o Kingu miałam w głowie "Łowce Snów".
Wielki Marsz jest opowieścią przerażająca. mroczna wizja przyszłości. Tylko ze książka została napisana i wydana w 1979. Można powiedzieć ze ta mroczna i przerażająca przyszłość powoli zaczyna być nasza teraźniejszością. Oczywiście nie mowie o niczym tak ekstremalnym jak u Kinga. Ale nie zastanowiło was nigdy ze obecnie w wiadomościach pokazują morderstwa, nieboszczyków lezących w ulicy, zakrwawione ciała, a maskują kawałek sutka? Pol godziny będą opowiadać o morderstwie ze wszystkimi strasznymi szczegółami ale nie mogą powiedzieć "dupa". Nie mowie ze w telewizji przydałoby się więcej seksu. Bo to nie o to chodzi. Ale gdybym chciała pooglądać sobie coś erotycznego muszę czekać do północy a morderstwo? Wystarczy włączyć wiadomości. prawda jest taka ze lubimy patrzeć na śmierć, cierpienie, krew. Sama jakiś czas temu byłam świadkiem wypadku samochodowego a właściwie motocyklowego. Ranny potracony przez samochód motocyklista leżał na ziemi. Zaczęli zbiegać się go niego ludzie. Moja pierwsza myśli złapać z komórkę i zadzwonić po pomoc. Stałam w znacznej odległości od miejsca zdarzenia. Wokół motocyklisty w tym czasie zdarzył zebrać się już tłumek. Jak naiwnie sadziłam ludzi którzy spiesza mu z pomocą. Ale nie oni wyciągnęli komórki i zaczęli robić zdjęcia. Było w tym coś makabrycznego. Skąd u ludzi taka żądza krwi? Czytając Wielki Marsz byłam przerażona ta historia. Byłam przerażona ze to mogę kiedyś w cale nie tak odległej przyszłości stać sie nasza rzeczywistością. rzadko sięgam po fantastykę. Bo albo jest zbyt nierzeczywista albo zbyt rzeczywista a wtedy przechodzą mnie ciarki.
No tak o książce w sumie mało było. Ale to dlatego ze książka ta zbudza we mnie pewne emocje. Historia jest wciągająca. Akcja wartka. Trzeba pamiętać ze chłopcy są w ciągłym ruchy. i muszę przyznać ze uwielbiam dialogi Kinga. Sa czasami zabawne, czasami przerażające, zaskakujące i ciekawe. Można śmiać się, płakać i bać jednocześnie. Chociaż to płakanie bardziej w przenośnie. Dlatego ze w sumie książka jest przewidywalna. Wiadomo ze przeżyje tylko jeden. Jest to powiedziane na początku nie ma tutaj żadnych niedomówień. Wiec sam fakt ze chłopców z każda strona jest coraz mniej nie powinien dziwić. tutaj widać mistrzostwo Kinga. Pierwszy odstrzelony chłopak robi wrażenie. Kazdy następny robi wrażenie. Chwilami czytając czułam ich ból, czułam ich cierpienie. No i przez jakiś czas po przeczytaniu książki nie miałam ochoty na długie spacery bez celu .

niedziela, 20 lutego 2011

Alchemik - Paulo Coelho


Kupiłam Alchemika jakoś zaraz po jego wydaniu w Polsce. Kiedy to był szał na Coelho. jego książki były przedstawiane jako jakieś objawienie. Przestawiane w samych superlatywach jako balsam dla duszy i ciała. Swoja droga powinnam już wtedy się domyśleć o co chodzi. Swojego czasu czytywałam książki tak zwane motywacyjne. Część z nich była mocna teoretyczna pisana coś na podobieństwo poradników psychologicznych, niektóre natomiast miały postać opowiadań z morałem i przesłaniem. Same historyjki dość proste i głupkowate, a morał miejscami naciągany. Tak czy inaczej w takich książkach w sumie nie chodzi o wartkość akcji i złożoność bohaterów, tylko raczej o te podnoszące na duchu cytaty i morały. Przyznać się muszę ze mi do gustu specjalnie nie przypadł akurat taki rodzaj literatury. Dla mnie były to po prostu książki które pomagały mi zasnąć kiedy akurat nie miałam nic innego ciekawego do czytania.
Zapewne gdybym to wszystko wiedziała przed kupieniem Alchemika odpuściłabym sobie ta książkę. Sama historia była mało interesująca. Większość cytatów równie dobrze mogłaby znaleźć się w rożnego typu książkach motywujących. Króciutkie rozdziały, minimalna ilość opisów sprawiają ze jest to książka dla przeciętnego kowalskiego. Książka na listopadowy wieczór dla kogoś kto w swoim życiu szuka odrobiny słońca i uśmiechu. Dla czytelnika bardziej wymagającego jest po prostu nudna. Dla mnie osobiście momentami zbyt prosta i trywialna jednocześnie siląca się na filozoficzna glebie.

czwartek, 17 lutego 2011

Ulisses


Teraz o samej książce niewiele będzie. Musiałabym najpierw ja dostać w swoje piękne łapki. I tak zastanawiam dlaczego właściwie ta książka jest tak trudno dostępna? Nie ma jej w żadnej księgarni a na allegro ceny są dość hmm dziwne. Co czyni to książkę jednocześnie tak niedostępna a zarazem pożądana? Czytałam trochę opinii na jej temat i wiele oso porzuciło lekturę po pierwszych 20 stronach. Tym bardziej mnie to ciekawi. Upatrzyłam sobie ta powieść jako temat mojej pracy na literaturę powszechna. Wprawdzie sadziłam ze będzie to lektura łatwa lekka i przyjemna ale fakt ze jest zupełnie odwrotnie wcale mnie nie zniechęca wręcz przeciwnie. Nie mogę się doczekać kiedy dorwę to opasłe tomisko w swoje ręce. Czy faktycznie napisze ta prace jeszcze nie wiem. Zależy jak bardzo trudna w czytaniu rzeczywiście okaże się ta książka. Nauczyłam się ze nie zawsze warto polegać na opiniach innych. Zresztą lubię trudne tematy to mnie motywuje do działania. Jedyny minus na chwile obecna to brak dostępnych książek. Jestem skłonna wydać na ta książkę do 50 zl. Niestety na allegro tak od reki na już teraz są w okolicach 100zl co wydaje mi sie zdecydowanie przesadzona ceną. No nic wygada na to ze będę musiała się uzbroić w cierpliwość i wybrać na wycieczkę po antykwariatach.

Pierwsze książki

Początki mojego "czytania" były bardzo dramatyczne. Pamiętam szkolna czytanka i nieszczęsne zdanie "Ala ma kota" które po prostu nie mogłam przeczytać. Dukałam, stękałam i płakałam. Niby znałam literki niby to wszystko wydawało się takie proste i oczywiste. Zdecydowanie w tedy tamtego dnia leżąc zapłakana na podłodze.. bo gdzież by indziej zrozpaczona 7 latka mogla wyrażać swoje niezadowolenie..myślałam ze czytanie to najgorsza kara i jest milion lepszych rzeczy do roboty niż jakieś "głupie" czytanie. Na szczęście dla mnie samej po paru tygodniach udało mi się przełamać mój wstręt to słowa pisanego. Przy okazji odkryłam ze nie wszystkie książki są tak nudne i bezsensowne jak podręczniki szkolne ;)
Pierwsze książki czytała mi mama bądź tata przed snem. Najczęściej baśnie Hansa Christiana Andersena. Z czasem powoli w bólach sama zaczynałam sobie coś tam podczytywać przed snem. W międzyczasie moje beztroskie dzieciństwo zostało brutalnie przerwane obowiązkiem szkolnym. I kiedy już myślałam że nie może być nic gorszego niż nauka czytania została nam zadana do przeczytania pierwsza obowiązkowa lektura szkolna. Ciekawe jest to wcześniejsze książki które zdarzało mi się czytać nie utkwiły mi tak w pamięci jak ta właśnie mała żółta książeczka. Mam na myśli "Dzieci z Bullerbyn". Przyznać się muszę ze wtedy książka ta wydawała mi się okropnie gruba i dosłownie nie do przeczytania. dzisiaj wydaje mi się to zabawne porównując objętość tej książki chociażby z Harrym Potterem. Zresztą wtedy czytanie polegało na liczeniu stron albo jak to miał w zwyczaju mój brat czytaniu co drugiej strony ;) Ale muszę przyznać ze po przeczytaniu kilku stron zakochałam się w książce. Potem na przestrzeni lat czytałam ja kilkakrotnie za każdym razem nie mogąc się oderwać czytając pod kołdrą po kryjomu. Z rodzicami to jest interesująca sprawa najpierw zmuszają do czytania a potem jak się czyta to każą iść spać ;P
Od razu muszę się przyznać ze w okresie szkoły przeczytałam jedynie 2 szkolne lektury wspomniane już "Dzieci z Bullerbyn" oraz "W pustyni i w puszczy". Próbowałam czytać Janka Muzykanta i inne nowele jednak skutecznie mnie one do siebie zniechęciły i na wiele lat porzuciłam zainteresowanie literatura nazwijmy to "szkolna". Wiele lat po ukończeniu edukacji podstawowej sięgnęłam po niektóre z tych książek. To w sumie istotne znać te pozycje. Jednak sam sposób w jaki szkoła je traktuje nigdy mi nie odpowiadał. Omawianie po łepkach odpowiadanie na pytania o interpretacje która ma być niby moja własna a jedna lepiej żeby była taka jaka polonistka ma na myśli. Oczywiście teraz wiem ze to nie jest dokładnie tak. Wiem tez ze nigdy nie miałam dobrej polonistki która potrafiłaby zainteresować mnie choćby najnudniejsza nowela powieścią czy sonetem. Ale w sumie nie o tym miało być. Chciałam tylko zauważyć ze moimi pierwszymi książkami były książki głownie przygodowe, bo tak właśnie traktowałam chociażby W pustyni i w puszczy. Trudno jest od 9 latka wymagać ze zauważy w tej książce coś wiec niż przygody dwójki porwanych dzieci starających się odnaleźć ojców.