czwartek, 17 lutego 2011

Pierwsze książki

Początki mojego "czytania" były bardzo dramatyczne. Pamiętam szkolna czytanka i nieszczęsne zdanie "Ala ma kota" które po prostu nie mogłam przeczytać. Dukałam, stękałam i płakałam. Niby znałam literki niby to wszystko wydawało się takie proste i oczywiste. Zdecydowanie w tedy tamtego dnia leżąc zapłakana na podłodze.. bo gdzież by indziej zrozpaczona 7 latka mogla wyrażać swoje niezadowolenie..myślałam ze czytanie to najgorsza kara i jest milion lepszych rzeczy do roboty niż jakieś "głupie" czytanie. Na szczęście dla mnie samej po paru tygodniach udało mi się przełamać mój wstręt to słowa pisanego. Przy okazji odkryłam ze nie wszystkie książki są tak nudne i bezsensowne jak podręczniki szkolne ;)
Pierwsze książki czytała mi mama bądź tata przed snem. Najczęściej baśnie Hansa Christiana Andersena. Z czasem powoli w bólach sama zaczynałam sobie coś tam podczytywać przed snem. W międzyczasie moje beztroskie dzieciństwo zostało brutalnie przerwane obowiązkiem szkolnym. I kiedy już myślałam że nie może być nic gorszego niż nauka czytania została nam zadana do przeczytania pierwsza obowiązkowa lektura szkolna. Ciekawe jest to wcześniejsze książki które zdarzało mi się czytać nie utkwiły mi tak w pamięci jak ta właśnie mała żółta książeczka. Mam na myśli "Dzieci z Bullerbyn". Przyznać się muszę ze wtedy książka ta wydawała mi się okropnie gruba i dosłownie nie do przeczytania. dzisiaj wydaje mi się to zabawne porównując objętość tej książki chociażby z Harrym Potterem. Zresztą wtedy czytanie polegało na liczeniu stron albo jak to miał w zwyczaju mój brat czytaniu co drugiej strony ;) Ale muszę przyznać ze po przeczytaniu kilku stron zakochałam się w książce. Potem na przestrzeni lat czytałam ja kilkakrotnie za każdym razem nie mogąc się oderwać czytając pod kołdrą po kryjomu. Z rodzicami to jest interesująca sprawa najpierw zmuszają do czytania a potem jak się czyta to każą iść spać ;P
Od razu muszę się przyznać ze w okresie szkoły przeczytałam jedynie 2 szkolne lektury wspomniane już "Dzieci z Bullerbyn" oraz "W pustyni i w puszczy". Próbowałam czytać Janka Muzykanta i inne nowele jednak skutecznie mnie one do siebie zniechęciły i na wiele lat porzuciłam zainteresowanie literatura nazwijmy to "szkolna". Wiele lat po ukończeniu edukacji podstawowej sięgnęłam po niektóre z tych książek. To w sumie istotne znać te pozycje. Jednak sam sposób w jaki szkoła je traktuje nigdy mi nie odpowiadał. Omawianie po łepkach odpowiadanie na pytania o interpretacje która ma być niby moja własna a jedna lepiej żeby była taka jaka polonistka ma na myśli. Oczywiście teraz wiem ze to nie jest dokładnie tak. Wiem tez ze nigdy nie miałam dobrej polonistki która potrafiłaby zainteresować mnie choćby najnudniejsza nowela powieścią czy sonetem. Ale w sumie nie o tym miało być. Chciałam tylko zauważyć ze moimi pierwszymi książkami były książki głownie przygodowe, bo tak właśnie traktowałam chociażby W pustyni i w puszczy. Trudno jest od 9 latka wymagać ze zauważy w tej książce coś wiec niż przygody dwójki porwanych dzieci starających się odnaleźć ojców.

3 komentarze:

  1. Miłośniczko Słowa Pisanego, nie hańb, proszę, szanownych filologów i czytaj jak najwięcej! Nie, nie jestem niemiły, po prostu gdzie jak gdzie, ale na blogu osoby zawodowo związanej z językiem obcym kwiatuszki w stylu "filologi", "w tedy", "w miedzy czasie" są nad wyraz rażące. Pozdrawiam, Marcel (www.gejwwielkimmiescie.blog.onet.pl). :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za zwrócenie uwagi. Błędy są faktycznie rażące. Ze wstydu wypadałoby się zapaść pod ziemię ale zamiast tego po prostu je poprawie i na przyszłość postaram się ich nie robić. Pozdrawiam nieco zawstydzona nadal Miłośniczka Słowa Pisanego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Irren ist menschlich! :) Pozdrawiam, Marcel (www.gejwwielkimmiescie.blog.onet.pl).

    OdpowiedzUsuń